Są książki, które nie krzyczą emocjami, nie łamią serca na pół i nie zalewają czytelnika łzami. Zamiast tego siadają obok, podają kubek ciepłej herbaty i mówią: będzie dobrze. „Wczorajsze curry, jutrzejszy chleb” jest właśnie taką powieścią: cichą, uważną i niezwykle czułą.
Izumi Kizara, czyli duet japońskich scenarzystów, opowiada historię, która zaczyna się „po wszystkim”. Kazuki nie żyje od siedmiu lat. Nie obserwujemy momentu straty, nie uczestniczymy w dramatycznym pożegnaniu. Zamiast tego wchodzimy w codzienność tych, którzy zostali - jego żony Tetsuko, ojca, przyjaciół, dalszej rodziny i osób pozornie przypadkowych, których losy splotły się z jego istnieniem. To opowieść o tym, jak wygląda życie po żałobie, kiedy ból nie krzyczy już tak głośno, ale nadal jest obecny i trwa przy nas jak cień.
Największą siłą tej książki jest subtelność. Autorzy nie tłumaczą emocji wprost, nie prowadzą czytelnika za rękę. Zamiast tego pokazują je poprzez drobne gesty, zapachy, przedmioty i codzienne rytuały: świeży chleb ogrzewający dłonie, miska do ryżu, breloczek z bałwankiem, zwykłe wspólne mieszkanie wdowy z teściem. To właśnie w tych małych rzeczach kryje się sens tej historii i sens tytułu, który z początku wydaje się niepozorny, a na końcu okazuje się doskonale trafiony. Wczorajsze curry i jutrzejszy chleb są metaforą pamięci i trwania, tego, co było, i tego, co wciąż może nadejść.
Choć książka dotyka tematu śmierci, nie jest powieścią o rozpaczy. Nie ma tu patosu, dramatycznych wybuchów emocji ani depresyjnej atmosfery. Jest za to życie - nieidealne, czasem dziwaczne, czasem nieporadne, ale prawdziwe. Każdy z bohaterów radzi sobie ze stratą inaczej: jedni utknęli w miejscu, inni próbują ruszyć dalej, jeszcze inni balansują gdzieś pomiędzy. I właśnie ta różnorodność sprawia, że opowieść jest tak autentyczna. Pokazuje, że nie ma jednej właściwej drogi przeżywania żałoby, tak jak nie ma jednego scenariusza na dalsze życie.
Styl Izumi Kizary jest lekki, spokojny, wręcz kojący. Czyta się tę książkę powoli, z uważnością, jakby każde zdanie prosiło, by dać mu chwilę. To literatura, która nie domaga się uwagi. Choć na pierwszy rzut oka ta powieść może wydawać się nudna lub przewidywalna, między kolejnymi słowami kryją się emocje, które trafiają prosto w czytelnicze serce. Nie uderzają gwałtownie, ale zostają na długo, wywołując cichy uśmiech, wzruszenie, refleksję.
Na uznanie zasługuje również polskie tłumaczenie. Jest ono płynne, wyczulone na ton i specyfikę japońskiej prozy. Przypisy są dyskretne i pomocne, nie wybijają z rytmu lektury, a jednocześnie pozwalają lepiej zrozumieć kontekst kulturowy.
„Wczorajsze curry, jutrzejszy chleb” to taka książka-otulacz. To opowieść o sieci relacji, jakie tworzymy przez całe życie, często nie zdając sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy dla siebie ważni. O tym, że każdy zostawia po sobie ślad - czasem wielki, innym razem ledwie zauważalny, ale zawsze znaczący i pozostający na długo. To również opowieść o tym, że pamięć nie musi boleć, ale może być ciepła i pełna czułości.
To jedna z tych powieści, które kończy się z lekkim niedosytem – nie dlatego, że czegoś brakuje, ale dlatego, że chciałoby się jeszcze chwilę pobyć z bohaterami, posłuchać ich ciszy, poobserwować ich zwyczajne życie. To perełka dla miłośników literatury japońskiej, spokojnych historii i książek, które leczą nie dźwiękami, lecz delikatnością i słowami.
Izumi Kizara, czyli duet japońskich scenarzystów, opowiada historię, która zaczyna się „po wszystkim”. Kazuki nie żyje od siedmiu lat. Nie obserwujemy momentu straty, nie uczestniczymy w dramatycznym pożegnaniu. Zamiast tego wchodzimy w codzienność tych, którzy zostali - jego żony Tetsuko, ojca, przyjaciół, dalszej rodziny i osób pozornie przypadkowych, których losy splotły się z jego istnieniem. To opowieść o tym, jak wygląda życie po żałobie, kiedy ból nie krzyczy już tak głośno, ale nadal jest obecny i trwa przy nas jak cień.
Największą siłą tej książki jest subtelność. Autorzy nie tłumaczą emocji wprost, nie prowadzą czytelnika za rękę. Zamiast tego pokazują je poprzez drobne gesty, zapachy, przedmioty i codzienne rytuały: świeży chleb ogrzewający dłonie, miska do ryżu, breloczek z bałwankiem, zwykłe wspólne mieszkanie wdowy z teściem. To właśnie w tych małych rzeczach kryje się sens tej historii i sens tytułu, który z początku wydaje się niepozorny, a na końcu okazuje się doskonale trafiony. Wczorajsze curry i jutrzejszy chleb są metaforą pamięci i trwania, tego, co było, i tego, co wciąż może nadejść.
Choć książka dotyka tematu śmierci, nie jest powieścią o rozpaczy. Nie ma tu patosu, dramatycznych wybuchów emocji ani depresyjnej atmosfery. Jest za to życie - nieidealne, czasem dziwaczne, czasem nieporadne, ale prawdziwe. Każdy z bohaterów radzi sobie ze stratą inaczej: jedni utknęli w miejscu, inni próbują ruszyć dalej, jeszcze inni balansują gdzieś pomiędzy. I właśnie ta różnorodność sprawia, że opowieść jest tak autentyczna. Pokazuje, że nie ma jednej właściwej drogi przeżywania żałoby, tak jak nie ma jednego scenariusza na dalsze życie.
Styl Izumi Kizary jest lekki, spokojny, wręcz kojący. Czyta się tę książkę powoli, z uważnością, jakby każde zdanie prosiło, by dać mu chwilę. To literatura, która nie domaga się uwagi. Choć na pierwszy rzut oka ta powieść może wydawać się nudna lub przewidywalna, między kolejnymi słowami kryją się emocje, które trafiają prosto w czytelnicze serce. Nie uderzają gwałtownie, ale zostają na długo, wywołując cichy uśmiech, wzruszenie, refleksję.
Na uznanie zasługuje również polskie tłumaczenie. Jest ono płynne, wyczulone na ton i specyfikę japońskiej prozy. Przypisy są dyskretne i pomocne, nie wybijają z rytmu lektury, a jednocześnie pozwalają lepiej zrozumieć kontekst kulturowy.
„Wczorajsze curry, jutrzejszy chleb” to taka książka-otulacz. To opowieść o sieci relacji, jakie tworzymy przez całe życie, często nie zdając sobie sprawy, jak bardzo jesteśmy dla siebie ważni. O tym, że każdy zostawia po sobie ślad - czasem wielki, innym razem ledwie zauważalny, ale zawsze znaczący i pozostający na długo. To również opowieść o tym, że pamięć nie musi boleć, ale może być ciepła i pełna czułości.
To jedna z tych powieści, które kończy się z lekkim niedosytem – nie dlatego, że czegoś brakuje, ale dlatego, że chciałoby się jeszcze chwilę pobyć z bohaterami, posłuchać ich ciszy, poobserwować ich zwyczajne życie. To perełka dla miłośników literatury japońskiej, spokojnych historii i książek, które leczą nie dźwiękami, lecz delikatnością i słowami.
Polecam z całego serca.
























































